"Szukał nowej Rosji ", Jarosław Mikołajewski, Gazeta Wyborcza, 12-08-2005
 
Kiedy umiera intelektualista - z taką świadomością, a równocześnie z taką determinacją przetrwania, jaką pokazał Mauro Martini - traci nie tylko życie, lecz również boleśnie szczerych rozmówców. Dopiero co wydał dwie książki, o których od razu mówiło się, że są ważne: zbiór szkiców "L'Utopia spodestata - Le trasformazioni culturali Della Russia dopo il crollo dell' Urss" ("Zdetronizowana utopia - Przemiany kulturalne w Rosji po upadku ZSRR") i antologię "La nuovissima poesia russa" ("Najnowsza poezja rosyjska"). Mówiło się o nich, że łączą w sobie wszystko to, co wyróżniało pisarstwo Martiniego - krytyczną miłość do Rosji, potrzebę rozumienia i objaśniania świata oraz ryzyko. Mówiło się o tych książkach dużo, lecz pisało niewiele. Polemizować z kimś, kto czytał wszystko, lecz nie miał możliwości podjąć dyskusji, ponieważ leżał pod maską tlenową, wydawało się nieuczciwe. Chwalić jego pracę oznaczało tyle, co zaszczepić w nim podejrzenie, że przestał być partnerem rozmowy. Że przestał uczestniczyć w wymianie myśli, a stał się adresatem pociechy.
Bardzo szybko rozeszła się wiadomość, że we florenckim szpitalu, poddany kolejnym seriom chemioterapii z rezerwą przyjmuje jakąkolwiek wzmiankę o sobie. "Już mnie żegnają", miał powiedzieć, widząc recenzję z "Utopii...". Z entuzjazmem natomiast przyjmował propozycje współpracy - nowych esejów, przekładów. Kiedy zmarł - w poniedziałek 9 sierpnia - okazało się, jak wiele osób chciało o Nim pisać już wcześniej.


Między Moskwą i Warszawą

"Droga naszego pokolenia prowadziła przez naiwność i doświadczenie - mówił mi jeszcze przed śmiercią Martiniego jego przyjaciel Francesco Cataluccio, eseista i tłumacz, obecnie redaktor naczelny wydawnictwa Bollati & Boringhieri. - Jeździliśmy do Moskwy i do Warszawy, żeby poznać tę rzeczywistość z bliska, dotknąć jej, posmakować. I równie szybko jak rozczarowanie systemem ogarniała nas przyjaźń do ludzi z opozycji. Zanim zdążyliśmy przekopać nasze poglądy, rodziła się w nas potrzeba zwykłej pomocy, solidarności. Nie wiedzieliśmy jeszcze, co jest słuszne, lecz wiedzieliśmy już, kto ma rację". Taka była też droga Martiniego, który jako student historii na Uniwersytecie Florenckim i członek PCI (Włoskiej Partii Komunistycznej) najpierw jeździł do Moskwy i do Warszawy, żeby zbierać materiały do pracy dyplomowej o komunizmie przed II wojną światową, zwłaszcza o KPP, a następnie już raczej po to, by przewozić w plecaku, dla przyjaciół z KOR-u, "bibułę", a nawet cały powielacz.
„Był to pierwszy powielacz, jaki miał trafić w ręce polskiej opozycji - wspomina Adriano Sofri, publicysta i filozof, najsłynniejszy dziś przedstawiciel formacji »nawróconych rewolucjonistów «. - Przez długie miesiące stał w jednym z wiedeńskich mieszkań i nie udawało się wymyślić sposobu, jak go przewieźć. Zdemontować i przetransportować w częściach? A czy uda się go potem złożyć?... Pewnego dnia u wiedenki, która przechowywała powielacz, zjawił się Mauro, wziął cały sprzęt i dowiózł na miejsce przeznaczenia. Kiedy spytano go, jak mu się to udało, powiedział, że włożył go do plecaka, zarzucił na plecy, wsiadł do pociągu i wysiadł na dworcu w Warszawie”. Był jednym z pierwszych, którzy zaczęli wsłuchiwać się w to, co ma do powiedzenia Gustaw Herling-Grudziński, pisarz we Włoszech osamotniony. Pod koniec lat 70. Martini współorganizował w Wenecji "Biennale del dissenso" ("Biennale niezgody") - jedną z pierwszych imprez na Zachodzie poświęconych sytuacji w bloku komunistycznym, obejmującą wystawy, projekcje, debaty.
Przechowało się zdjęcie z 1973, może '74 roku, z Warszawy: Martini idzie w pochodzie 1-majowym. Cataluccio ma fotografię z '79 roku, na której Martini stoi z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. Pomiędzy tymi dwoma zdjęciami jest przełom całej generacji Włochów, których najpierw zafascynował komunizm, a potem heroizm tych, którzy prowadzili z nim walkę.
Kurierowi KOR-u, później również "Solidarności", trudno było zajmować się tym, co pozostało jego największą pasją - kulturą rosyjską i bieżącymi przemianami w ZSRR. Przestał wierzyć oficjalnej rusycystyce sowieckiej, wiedział, że trzeba znaleźć własną metodę. I znalazł, oddalając się od środowiska akademickiego. Nie zgłosił się na obronę pracy dyplomowej o przedwojennym komunizmie, ponieważ, jak twierdzi Sofri - "odechciało mu się". Po to, by zachować żywy kontakt z Rosjanami, podejmował dorywczo pracę w agencji turystycznej jako tłumacz i pilot wycieczek. I kiedy grupa zwiedzała Ermitaż albo Galerię Tietiakowską, szedł do biblioteki lub na spotkanie z kimś niepokornym.
Rzeczywistość poznawał na własnej skórze, uczył się ją przetwarzać od polskich myślicieli: Adama Pomorskiego, Andrzeja Walickiego, Ryszarda Przybylskiego, Wiktora Woroszylskiego. Ich tropem szukał wspólnych mitów literatury i historii, tłumaczył ich szkice, wreszcie wypracował własny język, prywatny sposób mówienia. Właśnie o Rosji, ponieważ - mówi Sofri - zrozumiał, że "Europa może się określić wyłącznie przez swój stosunek do Rosji, a Rosja, choć nie jest Europą, może stać się Zachodem. I do Europy należy, by zachęcić ją do tej drogi".
Kiedy ktoś chce określić jego metodę badacza i eseisty, ucieka się do niejasnych określeń w rodzaju "wolność myślenia" czy "nieskrępowany przepływ skojarzeń". "Nie spotkałem nikogo - miał powiedzieć przyjaciel Martiniego Attilio Scarpellini - kto potrafiłby mówić z równą swobodą o Puszkinie i o dynamice pomarańczowej rewolucji na Ukrainie". "On wiedział - tłumaczy Sofri równoczesne myślenie Martiniego o przedrewolucyjnej literaturze i bieżącej polityce rosyjskiej - że stara Rosja wciąż żyje w rewolucyjnej skórze ZSRR". W wydanej przed miesiącem "Utopii zdetronizowanej", 19 szkicach o współczesnych rosyjskich przemianach, zamysł ten widać wyraźnie. Choćby w szkicu o Władimirze Putinie.


Wczasowicz i bojownik

"Na liczne oraz wymyślne sposoby próbowało się, i wciąż się próbuje, zdefiniować Władimira Putina, człowieka i polityka tajemniczego, pełnego sprzeczności, a przy tym fascynującego. Trudno zrozumieć, co łączy wczasowicza - który latem 2003 roku, w komfortowej willi na Sardynii [razem z Berlusconim], skazał się na oglądanie telewizyjnej relacji z meczu w nadziei na sprzedaż nowego rosyjskiego samolotu do gaszenia pożarów - i okrutnego bojownika, który ( ) świętował noc sylwestrową roku 2000 w Czeczenii i podarował ostre bagnety stacjonującym tam wojskowy". Tak przywołując sardyńskie spotkanie Putina z włoskim premierem Berlusconim i czeczeńskie z rosyjskimi żołnierzami, rozpoczyna Martini swój esej. W sposób typowy dla swojego pisarstwa - z punktu angażując najbardziej rozbieżne obrazy, by w dalszym wywodzie szukać ich syntezy.
Próbując zrozumieć i sportretować swoją postać, od sprzeczności "wczasowicz - bojownik" Martini szybko przechodzi do historycznych podobieństw i nie zawsze uświadomionych przez Putina fascynacji.
Oto Stalin, który co prawda nie budzi tęsknot jako krwawy dyktator, jednak z obecnym prezydentem Rosji łączy go coś więcej niż słabość do lotniczych i marynarskich mundurów. W odczuciu społeczeństwa rosyjskiego za ikoną Stalina wciąż kryje się poczucie bezpieczeństwa narodowego - to samo, które próbuje odtworzyć dziś Putin. "Od roku 2000 - zauważa Martini - Kreml nigdy nie próbował przeciwdziałać odradzaniu się kultu Generalissimusa". Oto Piotr I, twórca Petersburga, którego mit polityczny jest dla Putina - urodzonego i ukształtowanego w Leningradzie - mniej konkretnym, lecz przydatnym punktem odniesienia.
W 2003 roku Putin "z żelazną konsekwencją przeprowadził wielką operację związaną z obchodami trzechsetnej rocznicy założenia Petersburga, która okazały się poważną demonstracją jedności Rosji po rozpadzie ZSRR". "Z największym prawdopodobieństwem - pisze dalej Martini - autentycznego Putina należy jednak szukać w przemówieniu z 8 lipca 2000 roku", gdzie "otwarcie przywołał nazwisko Pietra Arkadiewicza Stołypina, słynnego szefa rządu reformatorskiego, który w 1906 roku przejął władzę w Rosji pokiereszowanej przez rewolucję roku 1905 oraz przez wojnę z Japonią, i przez pięć lat usiłował ją modernizować, by zrównać z europejskimi potęgami".
Martini bierze pod uwagę ambicje Putina, by wskrzesić reformatorski zapał Stołypina, lecz dostrzega również, dlaczego powtórka z historii nie może się udać prezydentowi. Dziś nie da się łatwo połączyć idei wolności osobistej z poczuciem patriotycznej dumy. W putinowskiej Rosji demokratyzacja przez wielu widziana jest bardziej jako zagrożenie dla poczucia bezpieczeństwa niż jako pożądana perspektywa.
Pisząc o Putinie Martini przywołuje carów, ceremonie, politykę mieszkaniową, Czeczenię, zamachy na biesłańską szkołę i na moskiewski teatr. Efekt jest niezwykły - decyzje Putina stają się materiałem na fabułę o człowieku rozdartym pomiędzy mitami a rzeczywistością, osobistymi słabościami a kolektywnym poczuciem dumy.
Wśród 19 rozdziałów "Zdetronizowanej utopii" są szkice o kinie ("od Tarkowskiego do Sokurowa - Kino po utopii"), o Moskwie i zatarciu się pojęcia centrum, o pisarzach (m.in. o Pielewinie i Trifonowie), o dojrzewaniu w postsowieckich czasach, o wojnie. A także o Josifie Kobzonie i o literackim pokoleniu internetu, czyli o kulturowej rewolcie, w wyniku której młodzież przestaje zabijać się o druk w establishmentowych czasopismach, za to nobliwe kwartalniki zabiegają o nich, by urozmaicić literacki pejzaż.


Rewolucja przyszłości

Literackiej młodzieży pokolenia internetu poświęcił Martini swoją drugą tegoroczną książkę - pachnącą jeszcze drukiem antologię "La nuovissima poesia russa" ("Najnowsza poezja rosyjska", Einaudi 2005). Bohaterowie tego wyboru nazywają się Dawlieczin, Ryżyj, Giejde... Jest ich wielu, za granicą prawie nikt ich nie zna. Słyszeli o nich nieliczni Rosjanie. Najstarsi z poetów urodzili się w latach 60., najmłodsi - w 80. Zaczęli tworzyć nie tylko w nowej rzeczywistości społecznej i politycznej, lecz również w nowej przestrzeni literackiej - w internecie. Piszą w różnych tonacjach, o różnych sprawach. Niektórzy są ironistami, prowokatorami, inni traktują życie ze śmiertelną powagą. Jak Boris Ryżyj, "nowy Jesienin", który popełnił samobójstwo, mając 27 lat, i którego wiersze, z perspektywy śmiertelnej choroby autora antologii, czyta się dziś niemal jako osobisty komentarz Martiniego do ludzkiej kruchości.
Martini z pasją reportera wszedł pomiędzy nich, czytał ich fora, blogi, almanachy, i wydobył swoich autorów na własne ryzyko, często wbrew pierwszym rozpoznaniom rosyjskich krytyków. Przetłumaczył i zaprezentował włoskiemu odbiorcy.

Czy coś z nich zostanie - to już inne pytanie. Dla Martiniego ważne jest nie tylko to, co przetrwa, lecz również to, co w ogóle zaistniało. Jedno i drugie w równym stopniu zasługuje na opis. W jednym i w drugim tkwi ziarno wiedzy o ludziach. "W awangardzie każdej rosyjskiej rewolucji literackiej - pisała po ukazaniu się antologii pisarka Nadia Caprioglio - jest zawsze poezja, to ona sposobi dla niej teren". Wsłuchując się w głosy 20-latków, Martini próbuje domyślać się rewolucji przyszłości. Nie wiedział, co ta rewolucja przyniesie, lecz był przekonany, że warto przemyśleć jej wczesny sygnał.


Poszukiwacz bez dyplomu

Martini nie był naukowcem - był uczonym uczestnikiem. "Poszukiwaczem", jak w "Corriere della Sera" nazwał go wielki rusycysta Vittorio Strada. Jego wiedza o Rosji była tak rozległa, że świat akademicki zapomniał o jego odrzuceniu. Choć nie miał dyplomu, został profesorem uniwersytetu w Trydencie. "Był profesorem i nie był - spontanicznym zawsze gotowym do dyskusji. Był najlepszy ze wszystkich" - piszą dziś jego studenci.

Przed śmiercią wyraził życzenie, by pochowano go w Wenecji, gdzie się urodził. Spoczął na cmentarzu San Michele, nieopodal ukochanego poety, którego znakomicie tłumaczył - obok Josifa Brodskiego.



 
© eSamizdat 2003-2016, Alessandro Catalano e Simone Guagnelli